środa, 4 lutego 2009

Slowly....

Mykam w góry. Jutro. Długo oczekiwana podróż, która znając życie będzie grubo ociekać absurdem, zresztą jak wszystko ostatnio w moim życiu (btw, pozdrawiam gorrrrąco współtowarzyszkę jutrzejszej wyprawy ;)
Zarzucam więc powoli playerka nutą, pakuję torby, grzebię w aucie i tego typu kwestie organizacyjne. Żeby było ciekawie od netu jestem odcięty gdyż zmieniam prowajdera i teraz dodatkowo nieobecny będę z powodu wypadu. Jako tło muzyczne pomagające w ogarnięciu tego całego chaosu wybrałem dzisiaj Slow Session Matama. Po raz pierwszy za dnia ;) A zatem...
...potężna dawka relaksu w najczystszej postaci czyli set rzucający na poduszki. Wieczorowa muzyka, powiedziałbym nocna. W oparach słodkiego dymu zasłuchuję się w dźwięki polepione przez Matama i dochodzę do jednoznacznej konkluzji - perfekcyjne. Oniryczne dźwiękowe struktury tego secika są dla mnie jak bilet do krainy morfeusza. Nie pomyślcie błędnie, że uśniecie przy tym mixie z nudów, o nie, nie, nie ;) Wykluczone. To co wyszło spod igły Matama absolutnie nie zamula. Po prostu - symbiotyczna mieszanka ambientu, smacznej elektroniki i ciepłego czillu sprawia, że powieki same opadają w naturalny, nie wymuszony sposób. A może po prostu to ja za późno zanurzam się w tych ciętych z chirurgiczną precyzją dźwiękach..? Nie ważne, kończę, bo jak to mówią górale - naryktować się trzeba. Do wyjazdu oczywiście. Szukajcie na good netlabels.

0 komentarze: