Tak w ramach relaksu...Znacie tą historię? Koleś roluje spliffa na imprezie podaje kolejnemu, który przerażony przekazuje lolka dalej. Rok jest piękny i chociaż świat tonie w oparach słodkiego dymu a imprezy towarzyskie organizowane przez ludzi w białych fartuchach ubarwiane sa coraz częściej szczyptą halucynogenu, John boi sie trawki jak ognia. Czas płynie dalej, minęło prawie ćwierć wieku odkąd Albert hoffman wsiadł na swój rowerek i ledwo ale o własnych silach dotarł do domu nie mając pojęcia że właśnie począł swoje trudne dziecko. Pełen uczucia niepokoju i lekkich zawrotów głowy Albert kładzie się do łózka, to co przeżywa opisuje następująco :
"W domu położyłem się do łóżka i zapadłem w całkiem przyjemny nastrój jakby odurzenia, charakteryzujący się szczególnym pobudzeniem wyobraźni. W stanie podobnym do snu, z oczami zamkniętymi, (blask dziennego światła sprawiał mi przykrość), chłonąłem zmysłami nieprzerwany strumień fantastycznych obrazów i niezwykłych kształtów z mocną, kalejdoskopiczną grą kolorów. Po mniej więcej dwóch godzinach doznanie to stopniowo zanikło."
Ale to tylko taka dygresja. Wracając do Johna. Riley organizuje proszoną kolację na której pojawia się George z kumplami. Tak na marginesie Riley jest lekarzem Georga. Wieczór mija w miłej atmosferze, z głośników wycieka Dylan, podają kawę i ciasto. Słowa układają się w dialogi o kryzysie kubańskim, bombardowaniu wschodniego Laosu i rosnącym niezadowoleniu z rozwarstwienia w poziomie życia między mniejszościami etniczno-rasowymi a elitami z klas wyższych. The times they are a - changin idealnie wpasowała się w nastrój rozmowy. Pełna surowych utworów nie pasuje jednak do miłych psychodelicznych doznań, które mają nadejść. W ich miejsce przychodzi szklisty stupor. Początek. Zaraz po tym ciężkim preludium, kolory rozkwitają, stają się soczyste, każdy przedmiot oddycha a szczegóły zajmują pierwszy plan. Chwila skupienia i oddech obejmuje każda rzecz w zasięgu wzroku. Przez to wszystko przetacza się lęk, skóra staje się zbyt ciasna, ochrypłe, bezdźwięczne szepty utrudniają myślenie. Rilley się uśmiecha, mruga do nich okiem ale John widzi tylko zimne pozbawione lekkości spojrzenie. Trzeba uciekać. Wybuchom śmiechu towarzyszą dźwięki tłuczonych filiżanek, zawieszeniu ulegają rozmowy i tylko Dylan jest jedyna pewna rzeczą tego wieczoru. Riley rzuca się w pościg za chłopakami Johna. Chce mówić o barwnej muzyce, o ekstensywnych krokach czasu, zjednoczeniu z przedmiotami i zmysłowości. Pościg pogarsza sytuację ale mini morris jest na wyciągnięcie ręki. Pięć osób stłoczonych w miniaturowym samochodziku nie oszczędza angielskich ulic. Paul ma tylko jedne pragnienie. Wysiąść z auta i zbombardować kamieniami wystawy Oxford Street. Cynthie przeraża demon Rileya ścigający ich w jej wyobraźni i nie ma nawet cienia szansy na opanowanie. Tylko John zachowuje pozory normalności. Nie mówił nic, tylko płacze, zrozpaczony i przerażony...Docierając do domu chłopaki odnajdują spokój a John rzuca mimochodem zajawkę "Yellow submarine, yellow submarine...We all live in our yellow submarine..."
"W domu położyłem się do łóżka i zapadłem w całkiem przyjemny nastrój jakby odurzenia, charakteryzujący się szczególnym pobudzeniem wyobraźni. W stanie podobnym do snu, z oczami zamkniętymi, (blask dziennego światła sprawiał mi przykrość), chłonąłem zmysłami nieprzerwany strumień fantastycznych obrazów i niezwykłych kształtów z mocną, kalejdoskopiczną grą kolorów. Po mniej więcej dwóch godzinach doznanie to stopniowo zanikło."
Ale to tylko taka dygresja. Wracając do Johna. Riley organizuje proszoną kolację na której pojawia się George z kumplami. Tak na marginesie Riley jest lekarzem Georga. Wieczór mija w miłej atmosferze, z głośników wycieka Dylan, podają kawę i ciasto. Słowa układają się w dialogi o kryzysie kubańskim, bombardowaniu wschodniego Laosu i rosnącym niezadowoleniu z rozwarstwienia w poziomie życia między mniejszościami etniczno-rasowymi a elitami z klas wyższych. The times they are a - changin idealnie wpasowała się w nastrój rozmowy. Pełna surowych utworów nie pasuje jednak do miłych psychodelicznych doznań, które mają nadejść. W ich miejsce przychodzi szklisty stupor. Początek. Zaraz po tym ciężkim preludium, kolory rozkwitają, stają się soczyste, każdy przedmiot oddycha a szczegóły zajmują pierwszy plan. Chwila skupienia i oddech obejmuje każda rzecz w zasięgu wzroku. Przez to wszystko przetacza się lęk, skóra staje się zbyt ciasna, ochrypłe, bezdźwięczne szepty utrudniają myślenie. Rilley się uśmiecha, mruga do nich okiem ale John widzi tylko zimne pozbawione lekkości spojrzenie. Trzeba uciekać. Wybuchom śmiechu towarzyszą dźwięki tłuczonych filiżanek, zawieszeniu ulegają rozmowy i tylko Dylan jest jedyna pewna rzeczą tego wieczoru. Riley rzuca się w pościg za chłopakami Johna. Chce mówić o barwnej muzyce, o ekstensywnych krokach czasu, zjednoczeniu z przedmiotami i zmysłowości. Pościg pogarsza sytuację ale mini morris jest na wyciągnięcie ręki. Pięć osób stłoczonych w miniaturowym samochodziku nie oszczędza angielskich ulic. Paul ma tylko jedne pragnienie. Wysiąść z auta i zbombardować kamieniami wystawy Oxford Street. Cynthie przeraża demon Rileya ścigający ich w jej wyobraźni i nie ma nawet cienia szansy na opanowanie. Tylko John zachowuje pozory normalności. Nie mówił nic, tylko płacze, zrozpaczony i przerażony...Docierając do domu chłopaki odnajdują spokój a John rzuca mimochodem zajawkę "Yellow submarine, yellow submarine...We all live in our yellow submarine..."
P.S.
Beatlesi chcąc nie chcąc zmienili muzykę w nową narkotyczną kulturę. Dźwięki które rejestrowali po swoim pierwszym (później sięgali po LSD bez najmniejszych oporów i własnej woli ), przymusowym (i skądinąd przykrym) doświadczeniu z LSD. W okresie dwóch miesięcy Lennon przygotowuje pięć perłowych numerów i zyskuje status Psychodelicznego Boga. W kwietniu 1966 muzycy wychodzą ze studia z Revolverem. Nabitym pokruszonym dźwiękiem, ekspresją i wszystkim co dało się wydobyć z ówczesnej techniki nagraniowej. Kolejno, w czerwcu 1967, nadchodzi kwintesencja psychodelicznego stylu czyli Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, pełny narkotycznych zajawek i wypełniony dźwiękowymi eksperymentami LP. Zanim Beatlesi wpadną na dobre w ręce hinduskiego hochsztaplera i poświęcą czas na transcendentalna medytację ukazuje się ostatnia (imho) psychodeliczna pozycja czyli bezbłędne, Magical Mystery Tour, zamglonma, odrealniona a momentami wręcz surrealistyczna płyta. Dalej uważacie że to byli grzeczni chłopcy w dobrze skrojonych garniturach?
Beatlesi chcąc nie chcąc zmienili muzykę w nową narkotyczną kulturę. Dźwięki które rejestrowali po swoim pierwszym (później sięgali po LSD bez najmniejszych oporów i własnej woli ), przymusowym (i skądinąd przykrym) doświadczeniu z LSD. W okresie dwóch miesięcy Lennon przygotowuje pięć perłowych numerów i zyskuje status Psychodelicznego Boga. W kwietniu 1966 muzycy wychodzą ze studia z Revolverem. Nabitym pokruszonym dźwiękiem, ekspresją i wszystkim co dało się wydobyć z ówczesnej techniki nagraniowej. Kolejno, w czerwcu 1967, nadchodzi kwintesencja psychodelicznego stylu czyli Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, pełny narkotycznych zajawek i wypełniony dźwiękowymi eksperymentami LP. Zanim Beatlesi wpadną na dobre w ręce hinduskiego hochsztaplera i poświęcą czas na transcendentalna medytację ukazuje się ostatnia (imho) psychodeliczna pozycja czyli bezbłędne, Magical Mystery Tour, zamglonma, odrealniona a momentami wręcz surrealistyczna płyta. Dalej uważacie że to byli grzeczni chłopcy w dobrze skrojonych garniturach?
3 komentarze:
batdzo grzeczni chlopcy tworzacy kawal swietnej niedocenianej przez obecna mlodzierz nuty;)
na pokaz grzeczni chłopcy tak wyzuci przez mass media, że obecna młodzież nie ma szans zastanowić się nad ich fenomenem.
ps. te rzeczy bitlesuf lubię.
ps2. nie znasz kogoś, kto chciałby za mnie popisać na netmuzyce? bo ja wymiękłem już raczej ostatecznie...
Dzizas, jak to wymiękłem ??? A co ja będę czytał ??? Ja z moim audioterrorem też często wymiękam, mniej lub bardziej czasowo znikam ale staram się to jakoś ciągnąć, bo to mnie mocno bawi i kręci ale jak byś na netmuzyce przestał pisać, to w sumie ległby w gruzach jeden z tych filarów na którym stoi ta nasza polska blogowo netmuzyczna zajawka...a i całą konstrukcję dobitnie mówiąc chuj by powoli strzelił. Wytrwałości i pozdro :)
Prześlij komentarz