poniedziałek, 28 grudnia 2009

Abbey Road

Rok 1967 był niezwykły dla muzyki. Pierwsza płyta Doorsów i Pink Floyd, festiwal w Monterey, Rolling stones w Warszawie, Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band Beatlesów, pierwszy album Davida Bowie...W tym wszystkim skoncentruję sie na Abbey Road. Miejsce szczególne. Kiedy the Beatles nagrywali swój przełomowy album, w studio obok powstawała najbardziej psychodeliczna płyta wszech czasów, album grupy kierowanej przez charyzmatycznego Syda Barretta, który nakreślił nam to, co w przyszłości będzie charakteryzowało dokonania Pink Floyd. Abbey Road, studio, gdzie sciana w ścianę, powstawały dwie płyty stanowiące czołówkę psychodelicznego rocka. Genialna i troche zapomniana...nazbyt przeceniona i znana wszystkim...

Zachowanie Barretta w życiu prywatnym również odbiegało od normy. Według relacji Barrett miał trzymać swoją dziewczynę Lindsay Corner zamkniętą w pokoju przez trzy dni, karmiąc podsuwanymi przez szparę pod drzwiami herbatnikami. Innym razem w napadzie szału okładał ją po głowie mandoliną.

Syd był wielkim człowiekiem u którego w parze z niezwykła wyobraźnia szły skłonności do przemysłowej konsumpcji srodków poszerzających świadomość. W powszechnej opinii właśnie one spowodowały, lub przynajmniej przyspieszyły rozwój jego choroby. Pojawiło się wiele spekulacji na temat psychicznego stanu Syda Barretta. Najprawdopodobniej popadł w psychozę maniakalno-depresyjnej chociaż niektórzy posądzali go o Zespół Aspergera. Kiedy dołączył do kapeli The Tea Set zaproponował im nową nazwę: The Pink Floyd Sound i pod nią zagrali 13 marca 1966 pierwszy koncert w londyńskim klubie Marquee w ramach cyklu imprez Spontaneous Underground. Rok później Barrett był twórcą większości materiału umieszczonego na The Piper at the Gates of Dawn. Spośród 11 piosenek na płycie był autorem ośmiu, a współautorem kolejnych dwóch. Atonalne podróże po klawiaturach, oniryczne, baśniowe teksty, zniekształcone gitarowe dźwięki i pewnym sensie surealistyczny klimat. Płyta wielowątkowa, nasycona klimatem odurzonego Londynu, pełna psychodelicznych dźwiękowych kolaży i improwizacji, wynurzająca się z czystego muzycznego chaosu.

Tymczasem za ścianą powstawała odrobinę przeceniana płyta niemniej jednak warta poznania chociażby dla takich numerów jak Lucy in the Sky with Diamonds, numer jednoznaczny przy czym John Lennon zapewniał, że do napisania utworu zainspirowała go szkolna koleżanka jego syna, który pewnego dnia wrócił ze szkoły z rysunkiem przedstawiającym Lucy. Kiedy John spytał Juliana, kto znajduje się na obrazku, ten odpowiedział: To Lucy na niebie z diamentami. Kolejno - głeboki i filozoficzny Within you without you, pozytywny With a little help from my friends, czy zgrabny ficzuring w A day in the life ;) Album stanowiący kwintesencję psychodelicznego stylu, będący logicznym rozwinięciem płyty Revolver.

0 komentarze: