Stan, w którym nic już się nie wydarzy, pozbawiony artykulacji, kontrastów, stan który ogarniam jednym rzutem ucha - oto moja definicja muzycznej nudy, o której pamiętam nad wyraz dobrze za każdym razem, kiedy sięgam po jakiś hip hopowy album. Bo do hip hopu mam poważny dystans i niezwykle ostrożnie do gatunku podchodzę. Może dla tego, że z reguły jest on niesamowicie powtarzalny i schematyczny. Całkowicie nieprzypadkowy i zajebiście przewidywalny. Nudny. Jednakże już dźwiękowe wydzieranki, w których chaos jest okiełznany ręką artysty i całkowicie na jego usługach - pełny rispekt meeeen :) W związku ze związkiem, nadmienię, że są dwie hip hopowe ekipy, które za każdym razem są w stanie pozytywnie mnie zaskoczyć - Ghostown i Degiheugi. I o tych drugich będzie mowa. Mistrzowie. Mistrzowie ciętego dźwięku, mistrzowie ciętego słowa i stylu. Album może nie stricte hiphopowy, nie do końca. Hip hop jest właściwie rdzeniem, szkieletem konstrukcji grubo oblepionej stylami, gatunkami, dobrym beatem pulsującym w rytmie serca. Muzyka nieprzewidywalna i pełna dobrych tonów. Album perfekcyjny na którym znajdą coś dla siebie zwolennicy gęstego trip hopu, jazzu czy downtempo. Rewelacja jak dla mnie. Poniżej sznurki do albumu i stronki na której można m. in. zobaczyć teledysk Degiheugi w ficzuringu z Ghostown. Warto :)środa, 14 stycznia 2009
Degiheugi - The Broken Symphony Lp.03
Stan, w którym nic już się nie wydarzy, pozbawiony artykulacji, kontrastów, stan który ogarniam jednym rzutem ucha - oto moja definicja muzycznej nudy, o której pamiętam nad wyraz dobrze za każdym razem, kiedy sięgam po jakiś hip hopowy album. Bo do hip hopu mam poważny dystans i niezwykle ostrożnie do gatunku podchodzę. Może dla tego, że z reguły jest on niesamowicie powtarzalny i schematyczny. Całkowicie nieprzypadkowy i zajebiście przewidywalny. Nudny. Jednakże już dźwiękowe wydzieranki, w których chaos jest okiełznany ręką artysty i całkowicie na jego usługach - pełny rispekt meeeen :) W związku ze związkiem, nadmienię, że są dwie hip hopowe ekipy, które za każdym razem są w stanie pozytywnie mnie zaskoczyć - Ghostown i Degiheugi. I o tych drugich będzie mowa. Mistrzowie. Mistrzowie ciętego dźwięku, mistrzowie ciętego słowa i stylu. Album może nie stricte hiphopowy, nie do końca. Hip hop jest właściwie rdzeniem, szkieletem konstrukcji grubo oblepionej stylami, gatunkami, dobrym beatem pulsującym w rytmie serca. Muzyka nieprzewidywalna i pełna dobrych tonów. Album perfekcyjny na którym znajdą coś dla siebie zwolennicy gęstego trip hopu, jazzu czy downtempo. Rewelacja jak dla mnie. Poniżej sznurki do albumu i stronki na której można m. in. zobaczyć teledysk Degiheugi w ficzuringu z Ghostown. Warto :)
Etykiety:
hiphop,
instrumental hiphop,
jazz,
triphop,
turntablism
poniedziałek, 12 stycznia 2009
To juz rok będzie....
Heh, roczek prawie minął..;) Czas zapierdziela nieubłagalnie. W sumie to już ok. 1,5 roku blogowania, kiedy to w październiku wpadła mi w ręce pewna kompilacja i stwierdziłem, kurde, takie fajne dźwięki na pełnym legalu? Nieeeee... musi być jakiś haczyk... jak się okazało bardzo szybko - nie było żadnego, może poza jednym - netaudio mnie zassało. Pochłonęło, zmieliło, zgniotło toną dobrych tonów, otworzyło oczy na wolną kulturę. Kompilacja była tylko bodźcem, katalizatorem. Tylko albo aż. Powstał Hifiterror, który po kilku miesiącach ewoluował do obecnego kształtu. Dzięki wszystkim, którzy mnie przez ten rok czytali. Pozdro.
Na tę okoliczność płytka Ghostown, od których zaczynałem tego bloga, nadal eklektyczny hiphop, wymykający się wszelkim próbom klasyfikacji, robiony przez szkockich cyganów z Francji (czy jakoś tak to szło...) Płytka jest okrojona, pełna wersja za euro. Ponadto wszystko co się nie zmieściło na Reflectionz można ściągnąć jako osobny album czyli - B sides for B people. Elo.
Etykiety:
inne
niedziela, 11 stycznia 2009
Jak hartowała się stal, edycja trzecia.

Nabij Faje, płyta z bodajże 1985 roku, uważana za najlepszy album polskiego, słowiańskiego reggae. Jak na tamte czasy odważna, nowatorska, do dzisiaj porażą swoją siła i energią. Pierwsza reggae'owa płyta jaką dorwałem kiedyś w latach 90.

Eternity,urzekający, głęboki i hipnotyczny album. Płyta która uzależnia, porywający dźwiękowy obraz w który mogę się wpatrywać bez końca.

„Interesting music for curious people” mówił o swojej ekipie Tamas. Muzyka którą usłyszałem na płytce The Stolen Garden jest ciężka do sklasyfikowania. Węgrzy wypracowali własny styl, który wymyka się wszelkim ograniczeniom, biegnie swoją nieprzewidywalną drogą w stronę eksperymentalnego jazzu, punka, psychodelicznych dźwięków czy wypadkowej alternatywy i etnocore. W sumie to jestem ciekawy co robią chłopaki z Trottel dzisiaj gdyż ja swoją muzyczną przygodę z tą węgierską ekipą skończyłem na albumie Interference.
Etykiety:
inne
sobota, 10 stycznia 2009
Experimental Karma System - First Recorded Karma
Etykiety:
chilled beats,
dub,
rock
Lule Kaine - Radiations From Futurist Furniture
This record is inspired by futurism, post-atomic and the avantgarde movements of the beginning of the 20th century.Bardzo zrównoważona, melancholijna elektronika z poważnym analogowym zapleczem. Można pokusić się o stwierdzenie że jest to wypadkowa walcowatego Bastard, nerwowego Legendary Pink Dots i starych płyt Tarwatera. Chłopaki z Turynu uprawiają gitarową muzykę, mieszczącą się w kategorii tych wszystkich -post.
Btw, płytka poprzedzona singlem Vulgo Metropolis, który ostatecznie nie znalazł się na LP.
Btw, płytka poprzedzona singlem Vulgo Metropolis, który ostatecznie nie znalazł się na LP.
Etykiety:
electronica,
postrock
piątek, 9 stycznia 2009
Hotdrop - The secret dubs
Hotdrop wymiata. Dźwiękowy batalion ze słonecznej Hiszpanii gra mystic reggae-dub sound idealny na popołudniowa sensi, ciastko i kawkę . Soczysta i nie za gęsta paleta dźwięków, wibrujące basy, słonko, przestrzeń, Madryt. Te kilka numerów zachwyci zachwyci każdego miłośnika reggae i wydawnictw włoskiego Aquietbump.
Etykiety:
dub
czwartek, 8 stycznia 2009
Jak hartowała się stal, odsłona druga.
Big Calm, płytka Morcheeby która wyłoniła się z chmury słodkiego dymu i ambitnych planów. Ktoś określił kiedyś ten krążek jako "nocne sączenie whiskey i senne zwijanie jointów"...narkotyczna gitarka okraszona delikatną elektronika a nad tym wszystkim unoszący się jak cudowne, owijające głowę opary głos Skye. Płytka która wydawała mi się wówczas najpozytywniejsza nutą jaka kiedykolwiek powstała na tej planecie, jaką kiedykolwiek ktoś zagrał i podarował słuchaczowi.I tak myślę do dzisiaj ;)
Analogs, Street punk rulez, druga płytka oi'owców ze szczecina, która nie opuszcza mojego odtwarzacza w aucie po dziś dzień :) Brudne brzmienie, szczery przekaz i zapach szczecińskij ulic bijący z głośników. Rewelacyjny cover Billy Idola Rebel Yell, bujający Jah Love Agnostic Front i bezkompromisowe wstawki z Barei. Dzięki nim naprawdę polubiłem street punk, poznałem troszkę kulturę Skinheadów no i zmotywowali mnie do zakupu pierwszej i jak się okazało ostatniej harringtonki :)
11/6 12/10. Skromne, zwarte dźwięki tworzyły specyficzną płytę, która balansowała gdzieś między post-rockiem a trip-hopem. Chwilę potem światło dzienne ujrzał Silur i kolesie z Tarwatera stworzyli własne, rozpoznawalne brzmienie, wypełnione zadymiona elektroniką i melancholijnymi samplami. Mocna rzecz, która popchnęła mnie w kierunku bardzo undergroundowej elektroniki wszelkiej.
nara.
nara.
Etykiety:
inne
środa, 7 stycznia 2009
Jak hartowała się stal vol. I
Opracowałem wczoraj w nocy taki schemat, żeby wyczyścić całkowicie moja empetrójkę i zasypać albumami, które w znaczny sposób ukształtowały mój gust muzyczny, ukierunkowały w stronę konkretnych dźwięków. Zadanie postawiłem sobie horrendalnie trudne albowiem tych płyt jest naprawdę sporo, zrobiłem więc mały przesiew i poniżej rozpisuję moją muzyczną odyseję, odsłona pierwsza:
The Beatles Revolver powstał długo po tym jak Bob Dylan poczęstował chłopaków z Liverpoolu pierwszym blantem i chwilę po tym jak Lennon zarzucił czysto przypadkowo swojego pierwszego kwasa wraz z łykiem kawy na party u dentysty, niejakiego George'a Harrisona. Btw miała wtedy miejsce prawdziwie kwaśna paranoja w której przerażeni muzycy uciekali mini morrisem prowadzonym przez Ringo Starra, ścigani przez gospodarza uroczej imprezki. Cóż, jak widać nie wszystkim Beatlesi kojarzą się z chłopaczkami w ładnie skrojonych garniturach... Poczynając od płyty z 1966 roku, widać wyraźny wpływ narkotycznych halucynacji na teksty i muzykę wielkiej czwórki a u mnie wyraźny wpływ na późniejsze gitarowo psychodeliczne zajawki.
Fugazi to świetna amerykańska grupa post hardcore'owa, która raczej nie zaszczepiła we mnie ducha sXe ale milość do dobrej około hardcorowej nuty. Podkreślam około, ponieważ nie ma tam dźwięków jakie możesz znać z Madballa czy Agnostic Front a sam hardcore jest tylko swoistym szkieletem dla muzycznych poczynań ekipy z DC. End Hits, najbardziej zróżnicowana muzycznie płyta w ich dorobku zagościła w moim decku roku pańskiego 1998 na długo.
Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby The Beatles tworzyło w dzisiejszych czasach, Dig Your Own Hole byłoby ich płytą. Rwąca rzeka psychodelii, gęstych soczystych basów i beatów, układająca się w jedną epicką narkotyczną opowieść. Klasyk beag bitu i jedna z najlepszych płyt lat 90, która otworzyła mi oczy na agresywne, połamane dźwięki.
Album który był/jest strumieniem cudownie odurzających, narkotycznych dźwięków z mocno zaakcentowanym mrocznym i surowszym od poprzednich wydawnictw klimatem.Płyta szalenie plastyczna, momentami trudna do zdefiniowania, niewątpliwie kamień milowy triphopu czyli Mezzanine. Płyta która otworzyła mnie szerzej na triphop, krążki Ninja Tune i samplodelię :)To tyle w dzisiejszym odcinku, pozdrawiam, elo!
Etykiety:
inne
wtorek, 6 stycznia 2009
Sleepmakeswaves - In today already walks tomorrow
Genialna produkcja z bezkompromisowej kuźni muzycznych gladiatorów Lost Children. Epicki post rock przemieszany z ciężkimi metalowymi riffami, teksturowany subtelną elektronika tworzy przestrzeń, w której pozornie odległe dźwięki idealnie współgrają egzystując w pokoju i bez najmniejszych zgrzytów. Płytka piękna w każdym calu i naprawdę warto poświęcić jej sporo uwagi.Wypowiedzi na temat sztuki są manipulacją...
...przepuszczane przez subiektywne maszynki, inkrustowane własnym widzimisię, antypatiami, sympatiami bliższymi, dalszymi relacjami, całkowitą bez relacyjnością a często zależne od tego czy ktoś wstał dobra nogą, ma akurat niefartownie chujowy dzień i inne takie bla, bla, bla...Dlatego zamiast o niej czytać wolę popatrzeć, posłuchać, dotknąć. Może to niepoważne podejście do tematu, może jestem prawdziwym ignorantem sztuki (a Basquiat tak btw czuł się jeszcze większym ;), może jednocześnie wcale nie dyskwalifikuje mnie to w kwestii pisania o tym co mi sie w owej sztuce podoba a co nie. Ale do czego zmierzam. Otóż leżę od kilku dni powalony jakimś parszywym choróbskiem, nuty nie ściągam bo mam nadto, klikam sobie po artystach których czuję, którzy mnie w jakiś sposób jarają i mam cichą nadzieję, że zima mnie nie zabierze. Marudny jestem, narzekam na co się da, najbliższe mi osoby leża znokautowane wirusami, toczą niekończąca się batalię z bakteriami i w sumie jak tak siedzę sobie sam w mieszkaniu to mam najzwyczajniej w świecie ochotę coś wyklikać tutaj. No więc co mi się ostatnio podoba...Podoba mi się William Knipscher za mroczną i poetycką strukturę swoich fot, kolejno jara mnie Pasqual i jego Still Life, za to że ssie namiętnie kulturę popularną ale w żaden sposób się nie banalizuje, Felix R. Cid za relacje między ludźmi, kryzys między przeszłością i przyszłością, wściekłość i romantyzm, Brendan Austin za imponujące podejście i okiełznanie mroku w swoich fotografiach i na koniec pan, dla którego wielki szacunek mam od zawsze czyli Hopper za lynch'owską zajawkę i fascynujące zagęszczenie rzeczywistości, którą coś dziwnie podważa :)
A tak na marginesie to polecam malrską płytkę czyli Untitled A Tribute to Zdzisław Beksiński, ślicznie wydana niestety nie na licencji ale warta swojej niskiej ceny. 12 kart, a na nich 12 prac a każda z nich ma przypisany konkretny utwór…70cio minutowy spacer przez 12 bram...fascynujący.
Tak to jest jak choróbsko na Ciebie spadnie.... ;) Zdrowia wszystkim życzę, elo !
Etykiety:
inne
piątek, 2 stycznia 2009
Dr. Frankenstein The Cursed Tapes
Szukając odpoczynku od wielkomiejskiej samplodelii w której zanurzałem się namiętnie i obficie ostatnimi czasy wygrzebuję teraz w netaudio dźwięki bardziej żywe - w sensie formy ich przekazywania. Znowu mógłbym ponarzekać na brak dobrej nuty w tej kwestii, bo jeżeli chodzi o coś bardziej żywego i gitarowego to nawet nie spodziewam sie znaleźć namiastki np. Miguel & The living dead, których to namiętnie posłuchuję czy w okolicy załóżmy street punkowej czegos w stylu Analogsów. Ale zacznijmy od tego, że substytutu nie szukam a jedynie gatunkowo chciałbym się wpasować - i to niekoniecznie idealnie - w jakies przyzwoite rzępolenie. W jakies dobre gothpunkowe rejony,pachnące draką street punkowe wycinanki czy stare dobre i niezmiernie zdrowe psychobilly, bla bla bla.....Robiąc noworoczne remanenty na dyskach znajduję nutę o jakże przyjemnym gitarkowym brzmieniu. Nie zdegradowane uczuciowo rzężenie skłaniające się ku surfującemu kalifornijskiemu brzmieniu importowane do moich cyfrowych magazynów dźwięku prosto z Portugalii. Stealing orchestra funduje nam z reguły melodie całkowicie odstrzelone i tym razem mamy zdrowo wykręcona muzycznie niemniej fascynującą płytkę, idealnie wpasowującą się w karnawałowy klimat.
Pozdrawiam gorąco i wszystkiego dobrego w nowym roku życzę :)
Pozdrawiam gorąco i wszystkiego dobrego w nowym roku życzę :)
Etykiety:
psycho-rock,
psychobilly,
surf
Subskrybuj:
Posty (Atom)
