czwartek, 26 lutego 2009

Podróże i THC

Dziesiątki godzin patrząc sie w szybe auta, co po kilkuset kilometrach prowadziło do obłędu, dzikie melanże i przemieszczanie sie z miejsca na miejsce, górskie krainy i karczmy latających sztyletów, niezliczone stacje benzynowe, hostele, kwatery, puby i miejski survival...tak minęły dwa tygodnie zimowych wakacji. Piękne chwile, rozciągnięte gdzieś pomiędzy słowacką granicą, Krakau, ŁDZ i centralną Polską. Mityczne miejsca, owiane tajemniczą aurą i niedostępne śmiertelnikom (vide Pustynia Błędowska, polska Sahara, sowiańska Desierto de Atacama, miejsce gdzie ziarnko piasku jest na wagę złota i na pewno nie spotkacie Sila), zmurszałe ruiny i bary trzeciej kategorii ;) Śliczny jest ten kraj,zepsuty w wielu kwestiach ale na pewno nie nudny. Trzeba tylko mieć w sobie coś z małego guerillas, żeby opanować sztukę przetrwania w tej dzikiej słowiańskiej krainie i czerpać z tego radochę. Niedospany, zmasakrowany i zgnieciony tymi wszystkimi absurdalnymi sytuacjami po drodze ale kurwa - jakże szczęśliwy, wracam sobie do mojego netaudio i z nowym rokiem rozpoczynam dyskowy remanent...
Dobra, koniec tych wyflaczeń wakacyjno - podróżniczych, fotostory nie będzie, ściągajcie sobie THC-X, mudżahedinów dźwięku, którzy rozpoczną w waszych główkach rewolucję, na mocy paktu polska - jamaica. Do wygrzebania na jamendo. Elo.

P.S.

MLX, ustosunkuję się szerzej do Twojego tematu, jak tylko się ogarnę i przede wszystkim jak ogarnę do końca kwestie swojego netu. W skrócie - zajawka przednia. Audioterror jak prowadzę tak będę prowadził nadal ale wizja portalu o netaudio to jak dla mnie jakieś dźwiękowe eldorado, coś co w końcu trzeba na nanieść na muzyczną mapę. Pozdrawiam ;)

środa, 4 lutego 2009

Black Era - Third eye guerrilla Ep

Długo zbierałem szczękę z ziemi, kiedy rutynowo odwiedzając stronkę Aquietbump zobaczyłem nową EP'kę włoskich triphopowców z Black Era. Jest chłodno, szorstko, bardzo surowo i zajebiście. Zresztą sami sprawdźcie.

Slowly....

Mykam w góry. Jutro. Długo oczekiwana podróż, która znając życie będzie grubo ociekać absurdem, zresztą jak wszystko ostatnio w moim życiu (btw, pozdrawiam gorrrrąco współtowarzyszkę jutrzejszej wyprawy ;)
Zarzucam więc powoli playerka nutą, pakuję torby, grzebię w aucie i tego typu kwestie organizacyjne. Żeby było ciekawie od netu jestem odcięty gdyż zmieniam prowajdera i teraz dodatkowo nieobecny będę z powodu wypadu. Jako tło muzyczne pomagające w ogarnięciu tego całego chaosu wybrałem dzisiaj Slow Session Matama. Po raz pierwszy za dnia ;) A zatem...
...potężna dawka relaksu w najczystszej postaci czyli set rzucający na poduszki. Wieczorowa muzyka, powiedziałbym nocna. W oparach słodkiego dymu zasłuchuję się w dźwięki polepione przez Matama i dochodzę do jednoznacznej konkluzji - perfekcyjne. Oniryczne dźwiękowe struktury tego secika są dla mnie jak bilet do krainy morfeusza. Nie pomyślcie błędnie, że uśniecie przy tym mixie z nudów, o nie, nie, nie ;) Wykluczone. To co wyszło spod igły Matama absolutnie nie zamula. Po prostu - symbiotyczna mieszanka ambientu, smacznej elektroniki i ciepłego czillu sprawia, że powieki same opadają w naturalny, nie wymuszony sposób. A może po prostu to ja za późno zanurzam się w tych ciętych z chirurgiczną precyzją dźwiękach..? Nie ważne, kończę, bo jak to mówią górale - naryktować się trzeba. Do wyjazdu oczywiście. Szukajcie na good netlabels.