Kraftwerk - Radioactivity (French TV 1978) - ILoveTechno.hu from I Love Techno.hu | CONJY on Vimeo.
Tour de France from plastac on Vimeo.
Kraftwerk - Robot from EMI Music on Vimeo.
Kraftwerk - Radioactivity (French TV 1978) - ILoveTechno.hu from I Love Techno.hu | CONJY on Vimeo.
Tour de France from plastac on Vimeo.
Kraftwerk - Robot from EMI Music on Vimeo.
Pasuję na jakiś czas, jaki nie wiem, mam inne rzeczy do roboty a jeżeli będę chciał napisać cokolwiek o muzyce to zrobię to na netaudio.pl i prawdę powiedziawszy jest to jedna z tych kwestii, które znacząco olałem. Próbuję napisać do Emeliksa od tygodni, wypełnić, podesłać mu dokumencik, który po nas dawno temu rozesłał i wielki chuj mi z tego wychodzi, blog zarzucam pierdołami, tak na prawdę nic nie znaczącymi, czas wytracam na głupoty i mówiąc lapidarnie - jesień mamy, kurewsko mi się nie chce...wrzucę czasami jakiś klip, żeby blog do końca nie zardzewiał, skupię się na konkretach pozablogowych i przed pierwszym dobrym śniegiem, takim 30 centymetrów ponad chodnikami - nie wracam.
A teraz coś z zupełnie innej beczki...wrzuta dla miłośników czeskiego, niezależnego, halucyno-surrealistycznego studia Amanita Design, którego jestem zagorzałym fanem i wyznawcą a z którego wyszły takie produkty jak Samorost czy całkowicie popłynięty projekt The Pantry.
W przeciwieństwie do ich flaszówek, Machinarium opiera się w całości na rysunku, grafikach , dla których inspirację stanowiły industrialne budowle, zardzewiałe maszyny i jak nie trudno się domyślić książki o tematyce science-fiction.
Sama fabuła to historia robota zupełnie niesłusznie wygnanego na złomowisko. Zostawia on za sobą swoją blaszaną dziewczynę i członków stowarzyszenia Black Cap Brotherhood, układającego plan mający na celu uderzenie w spokojne życie robotów. Tutaj zaczyna się przygoda naszego żelaznego protagonisty, opowiedziana przy użyciu gestów, obrazów i odpowiedniej animacji z wykluczeniem jakichkolwiek słów. Banalna opowieść rozprowadzona z klasą najpiękniejszych bajek.
"W okładce Telehonu znajdziecie uroczy Plakat, wszystkie teksty przebojów, kawałek wiatru z karuzeli anno domini 1968 i dużo bezosobowego piękna."
Wczoraj w trakcie penetrowania Legall Torrents wpadłem na Nasty Old People. Pełnometrażowy film szwedzko-włoskiej produkcji w reżyserii Hanny Sköldreleased i Simone Damianiunder.
A dla całej reszty album Sun Airway, płytka z Pensylvanii, o której szerzej postaram się napisać na netaudio. Pozdrawiam.
Plug n play przedefiniowują nam coldwave i post punka na własny oryginalny styl, czerpiąc inspiracje z nurtu indie, postrock, cw, pp i bóg wie co jeszcze, składając tym samym hołd w/w stylom zamiast bezmyślnie kopiować jak to mają w zwyczaju mainstreamowe kapele. Wymykają się jednoznacznemu zaszufladkowaniu a przekładając na prosty chłopski język, napierdalają w struny aż miło, szlachetnie i ze smakiem.
Świetna płyta nagrana przez ekipę z Bordeaux a jeżeli miałbym się przy niej pokusić o jakiekolwiek porównanie to niech będzie odrobina Something Like Elvis, kawałek Fugazi, jakaś część The Mars Volta i Primus'a...Subtelny hardcore/noise czy jak piszą niektórzy math rock, a ja do dzisiaj nie wiem co to znaczy. Pogubiłem się w tym szufladkowaniu wieki temu i w tych wszystkich space post baroque math rockach, jakby to cokolwiek wnosiło do muzyki. Zastanawiałem się nawet przez chwilę, czy nie zrobić na blogu podziału żywe/syntetyczne dźwięki ale może to byłoby zbytnim uproszczeniem. Nie ważne. Muza zlożona, równa i treściwa po której na pewno nie będziesz miał(a) zgagi.
Ach cóż za przyjemna to nuta, coldwave'owa, instrumentalna, melancholijna i polska. Jak można wyczytać z notki na Jamendo - Zespół pod różnymi nazwami istnieje od 1986 roku , przetrwał do dzisiaj w jednoosobowym składzie. Imponujące. 23 lata a ja o nich dopiero w ubiegłym miesiącu usłyszałem. Cudowny ospały klimat, dźwięk wlecze się sennie i wypełnia leniwie jesienną przestrzeń...milutkie.
Diament panie i panowie, klejnot bez dwóch zdań. Jaram się skandynawią jeśli chodzi o muzę nie od dzisiaj i po raz kolejny się nie zawiodłem. Jeżeli lubisz dźwięki w klimacie Bauhaus/Joy Division/Siouxie and the Banshees to polubisz Diskoteket i dasz się uwieść głosowi Anna-Karin Andersson a jeżeli czytasz ten tekst w drugiej dekadzie października to zapewne te włąśnie tuny pobrzmiewają w palyerku po prawej.
To nie szwajcarskie zaproszenie, nie panikujcie, obawiam się, że może to być coś gorszego...Szeleszczący album stanowiący tło do naszej ponurej epoki, pełnej nihilizmu, skurwiałej i brudnej, gdzie ostatnie ogrody zdrowego rozsądku sąsiadują z egzystencjalną próżnią, kapitalistycznej rzeczywistości. Chłodna elektronika z wyeksponowanym na pierwszy planie niepokojącymi dźwiękami, delikatnie brzęczące w tle gitary, samplowane teksty i industrialne opary wyziewające co jakiś czas przez szczeliny poukładanego dźwięku. Płytkę ssijcie po kliknięciu w okładkę. A na przynętę dwa klipy szwajcarskiej ekipy ;)
Powoli snujące się dźwięki i głos Karin Elisabeth Dreijer Andersson w mrocznych, introwertycznych tekstach zmieniający się równie swobodnie jak brzmienie instrumentów. Dominuje wszechobecna elektronika, aseptyczna, niepokojąca, niemalże apokaliptyczna i tej właśnie lodowatej przestrzeni rozbrzmiewa zaskakujący niejednokrotnie wokal Karin. Stylistyczna kontynuacja The Knife? W pewnym sensie tak. Mniej popowa, zdecydowani e mroczniejsza i bardziej dojrzała. Good shit panie i panowie.
Karin Dreijer Andersson i Olof Dreijer oddychają jako The Knife od dekady, tworząc jeden z najciekawszych elektronicznych duetów, który objawił się nam singlem Afraid of You w roku bodajże '00 i zwiastował mającą nadejść rok później debiutancką płytkę nagraną we własnym studio Rabit Records i zatytułowaną po prostu The Knife. W środku zapowiedź elektronicznego geniuszu, który zwiastują numery przeszyte skandynawskim chłodem, przejmującą atmosferą i nasyconym emocjami wokalem a status szlagierów zyskuje NY Hotel i Kino. Kolejnym wydawnictwem na ich muzycznej mapce jest Deep Cuts, album nominowany do Grammy, nagrody którą otrzymują, owszem, ale w kategorii najlepszy zespół pop. Jest to tyle ciekawe, że duet w żaden sposób nie identyfikuje się z muzycznym mainstreamem a tym bardziej mediami, więc na ceremonie udaje się dwójka przyjaciół w przebraniu goryli z wielkimi 50 na kostiumach przypominającymi o parytecie 50/50 czyli tym czego brakuje w szwedzkim przemyśle muzycznym. Sama płyta to dzieło dojrzałe i znakomite, utrzymane w duchu dobrego synth-popu i electroclashu - plastikowe, silnie, rytmiczne bity i przebojowy potencjał. Przez to przedzierają się cierpkie, inkrustowane szwedzkim akcentem wokale Karen, pełne niesamowitej egzaltacji przekazując w tym wszystkim mało beztroskie i popowe teksty.
Po pierwsze - nowy nagłówek w wykonaniu bezkonkurencyjnej Ssselenki, za co wielkie dź(w)ięki dla Ciebie, rispekt i perwersyjne mrrrrrrau... ;)
Po drugie - Party people in a can, osiemnasta pozycja w katalogu You Are Not Stealing Records. Niefrasobliwe czilautowe brzmienia na gitarkę i worek przeszkadzajek, definiujące portugalskie party music. Co mamy ponad to w opakowaniu? Hołd surfującym brzmieniom Kalifornii (Surfing With My 2 Little Brothers) ukłon w stronę Wall of Voodoo i szacun dla Ennio Morricone w wymownym Ayahuasca. Naprawdę wielce leniwe tuny, pobrzmiewający w tle duch Bauhaus i unoszące się nad tym wszystkim słońce República Portuguesa.
Po kolejne - Era dos Mortos. Elo ;)