środa, 29 grudnia 2010

Sleepwalking Into The Underworld


40 minutowy projekt wizualno dźwiękowy zaprezentowany na festiwalu Hidden Door w Edynburgu na początku tego roku, koncepcja rezonansu miejsca i nawiązanie do motywu kultu przodków i Niespokojnej Wody - portali do innego miejsca, czasu, światów, jou :)

Dźwięk powstawał na żywo przy użyciu Nord Modular G2 i kontrolera midi Behringer BCR2000.

Mexicanchangoz

Młody fabrykant dźwięków, zadurzony w kolumbijskim Medellín tworzy na odwyku w Hiszpanii deliryczne tekstury wtłoczone w ambientowe przestrzenie a wszystko polane obficie sosem z Oaxaca Mexicalpan de las Tunas...miła rzecz i na pewno cieszy :)

Dobu love song

A Hospital for People with Nerves

Szkoda niezmiernie że to tylko dwa numery. Epka ukazała w sierpniu roku bieżącego kolejnych utworów wypatruję i szukam bo cierpię ostatnio na chroniczny brak dobrego triphopu, deficyt dźwięków pokrytych brudem i kurzem, trzeszczących, niespokojnych bitów inkrustowanych niepokojem i niepewnością....wielka szkoda, że tylko dwa wałki...

poniedziałek, 27 grudnia 2010

paragraf statystyczny czyli art 62

PiXtar – Sci-Fi

Dziesiątki elementów, style, brzmienia o różnym natężeniu i gęstości tworzą na pozór cudownie nieogarniany chaos z którego z czasem wyłaniają się inteligentne i skomplikowane, chemiczno - brejkbitowe, psychodeliczne kształty. Piękny album, wręcz zajebisty.

niedziela, 26 grudnia 2010

Sinestesia


Tracing Arcs - Eye See You

Emocjonujące estetyczne przeżycie jeżeli chodzi o dźwięki z zakresu triphop, jazz, downbeat...atrakcyjny, ekscytujący wokal, wyraźnie naszkicowane, głębokie basy, dopracowane i symetryczne akordy, wszystko otoczone raczej gładkimi krawędziami i utrzymane w duchu starej szkoły brytyjskiego triphopu.




Dark Disco Club


Filadelfijski eksperyment, gitarowo triphopowy rozpierdol z gatunku tych brudnych, plugawych i cudownie nieprzyzwoitych. Jak ktoś lubi strunowe brzmienia, rycząco szepczący wokal, ogólny nieład i bałagan na pięciolinii to zapewne się odnajdzie.


N.A.S.A. The People Tree

środa, 22 grudnia 2010

Wesołych Świąt!

Dość znana wrzuta, której autorem jest Rob Sheridan, znaleziona na jego sketchblogu, gdzie publikowane prace są opatrzone stosowną licencją.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Town of Death

Sergey Pakhomov w piękny sposób tworzy post industrialne pasaże i porusza się z niebywałym wyczuciem po obszarach mrocznej strony ambientu. Darzę niezwykłą estymą rosyjskich artystów ponieważ to właśnie oni jak nikt inny (no, może poza Skandynawami) potrafią przełożyć na dźwięki chłód i przerażającą przestrzeń...zatem jeżeli jesteś gotowy włącz ssanie klikając w okładkę.

Liquid Mind

Dark Ages EP

sobota, 18 grudnia 2010

sobota, 11 grudnia 2010

piątek, 10 grudnia 2010

delirious + delicious = deliricious?

Dziesięć minut od delicji po delirium w atmosferze drone ambient (?), analogowego MS20, napędzane chińskim żarciem, gitarą i basem Alexa Abalosa. Darmowy numer zwiastuje nadchodzący album Fantastic & Tangible.

środa, 8 grudnia 2010

Danny Bow - Frozen Memories



Się czeka...

nutką po mapie

Nie chce mi się za bardzo pisać ale nie zmienia to faktu, że mam ochotę polecić kilka dobrych wałków. Żeby kategoryzacji stało się zadość to wspomnę przelotem, że wszystkie albumy poniżej oscylują w okolicy world - ethno - shamanic od dzikiego wschodu po spaloną słońcem ziemię australii. Czysta natura, czasami wzmocniona elektronicznym brzmieniem, czasami surowa jak półtusza, w każdym przypadku bezwzględnie zajebista. Zatem słuchać, poznawać korzenie, literki się nie liczą jeno nutki.

wtorek, 7 grudnia 2010

Ręce pełne robota

włącz się, dostrój, odleć czyli porzuć konwenanse i schematy...

Pewien pan wrzucił jakiś czas temu na swoim zacnym blogu oto płytkę. Zainspirowało mnie to do przegrzebania archive.org w celu odnalezienia niezmierzonych pokładów psychodelii, odrealnionych i narkotycznych zajawek w postaci płyt, filmów, fotografii i książek. Czym jest w ogóle psychodelia? Dla jednych są to "pokurwione teledyski" (cytat z jakiegoś forum), dla innych "tubka kleju" (cytat z życia) albo kartonik LSD. Moja psychodelia to poziom wyżej, elewacja nie osiągalna dla przeciętnego Kowalskiego, który zaglądając tam przez dziurkę od klucza postradałby najprawdopodobniej zmysły. To istota rzeczy, głęboka podróż, otwieranie swojej główki przy użyciu odpowiedniego kodu dostępu, stosownych sił i środków. Jasne, że w grę wchodzą narkotyki - nie ukrywam tego i temu nie zaprzeczam. Należy wiedzieć jednak jak je stosować a nie wpierdalać grzyby jak maślaki i popijać kwasem bo to nie prowadzi do niczego poza autodestrukcją. Jedz grzyby żeby bardziej poznać siebie i świat, chłoń dźwięki, obraz, zwiększaj swoja wrażliwość na świat i bodźce...a wolnych chwilach popalaj dobre dżointy ale to już dla sportu i relaksu ;))
Efektem moich eksploracji magazynów archive jest tych kilka płyt o których nie będę się zbytnio rozpisywał bo o psychodelii nie ma co pisać - trzeba ją przeżywać.

Seven up to dzieło niemieckiej awangardowej grupy Ash Ra Temple w ficzuringu z samym Timothy Leary, znanym wszystkim orędownikiem psychodelików.

Solóweczka mistrza. To, że psychodelicznie pisać nie muszę, że rockowo wspomnę dla formalności bezwzględnie perfekcyjny przekaz mesjasza LSD.

i kolejny...


...i jeszcze jeden.

miłej podróży, do kolejnej psychodelicznej odsłony, indżoj :)

niedziela, 5 grudnia 2010

sobota, 4 grudnia 2010

Antartica - 1996-2010


Trzynaście numerów z lat 96-10 w jednym piećdziesięciominutowym wałku znalezione na yamanotedreams.

ĄĘ

...

Polityka narkotykowa w naszym kraju podobnie jak wiele innych kwestii kuleje. Prawo jest po to żeby je respektować ale sądy są od tego żeby to prawo stosować racjonalnie. Niestety rozsadek w tej materii gdzieś się zagubił albo inaczej - nigdy go nie było...do czego zmierzam? Do przypadku Maćka, chłopaczka z Krakowa, któremu życie próbuje zjebać polskie sądownictwo osadzając go w więzieniu za posiadanie połowy sztuki...zakrawa to na jakiś nieprawdopodobny absurd ale cóż...taka jest nasza rzeczywistość. Maciek jest kurierem rowerowym z własną firmą i ma na koncie wyrok z 2007 roku za posiadanie 0,5 (!) grama marihuany w wymiarze 6 m-cy i w zawieszeniu na trzy lata. W roku bieżącym podczas przekraczania pustego skrzyżowania na czerwonym świetle został zatrzymany do kontroli drogowej. Miał być mandat ale skończyło się na tym, że Maciej ze względu na to iż był karany za narkotyki, został suty i przewieziony na komisariat. Tam zrobili mu szczegółowy kipisz i znaleźli...kilka listków sary (!) a więc pojawiła się przesłanka do przeszukania mieszkania. Później był sąd i kolejny wyrok - cztery miesiące z warunkowym zawieszeniem za jakieś jebane liście! Automatycznie drugi wyrok odwiesza pierwszą karę a zatem Maciek ma do odsiadki pół roku. Tutaj zaczyna się jazda - chłopak od dwóch lat walczy z nałogiem i uczęszcza na terapię do krakowskiego szpitala. Decyzja o wykonaniu kary automatycznie ją przerywa a osadzenie w zakładzie karnym niweczy dotychczasowe pozytywne jej efekty, prowadzi do upadku jego firmy i powoduje jego degradację społeczną a w konsekwencji najprawdopodobniej powrót do używania środków psychoaktywnych. Czy nie jest to delikatnie mówiąc skurwysyństwo i ślepota temidy? Widzicie gdzieś właściwą proporcję między wymiarem kary a stopniem społecznej szkodliwości czynu? Jeżeli tak, to proszę mi ja wskazać palcem bo ja jej nie dostrzegam. Wspierany przez Biuro Rzecznika Osób Uzależnionych, z opinią psychologów z Poradni Leczenia Uzależnień Szpitala im. Rydygiera, gdzie wyraźnie określono że przerwanie terapii zniweczy jej dotychczasowe pozytywne efekty Maciek otrzymuje wystawiony przez sąd karny wezwanie do stawienia się 6 grudnia w zk podczas gdy w połowie listopada sąd penitencjarny uznał, że Maćka powinni zbadać biegli lekarze, by orzec, czy może odbywać wyrok. Obydwie instancje znajdują się w tym samym budynku więc jaki burdel panuje w tym skurwiałym kraju, że dochodzi do takich incydentów?
Jak to możliwe, że wydaje się dwie tak różne decyzje? W dupę może sobie wsadzić swoje tłumaczenia pan rzecznik sądu bo z decyzją o wykonaniu kary można było się wstrzymać do momentu rozpatrzenia wniosku skazanego. Nie wiem, rok się kończy? Chujowe statystyki mają i trzeba je podnieść? Pojęcia nie mam....wiem jedno - żyjemy w totalnie spierdolonym kraju, w kwestii sądownictwa mamy bonanzę i wielką dysproporcję między popełnionym czynem, jego szkodliwością a karą. Mam nadzieję, że Maćkowi uda się z tego wyjść i polska rzeczywistość nie spierdoli mu życia.

Sun & Silence

Hipnotyczna podróż, czterdziesto-minutowy poemat kontemplacyjny i mistyczny, gdzie pojecie czasu zanika a gatunek którym chciałbym otagować ta płytę nigdy nie istniał. Spektrum dźwięków rośnie z minuty na minutę, drony, dżezz, elektronika w stylu vintage, skandynawski ambient wspomagany analogowymi syntezatorami, efekty, sample, szelest i delikatny bałagan. Jedna z lepszych onirycznych płyt jakie udało mi się łyknąć w ostatnim czasie.

Amateurs, Professionals and No Refrains

Płyta ta miała być wydana w 2002 roku w wytwórni Diskono w ramach serii Penthouse Hotplate jako CD "experiments in the format". Pojawiło się kilka pierwszych sztuk i słuch o nagraniach zaginął. Diskono odezwało się nagle wczesną jesienią 2010 z propozycją udostępnienia płyty za darmo na portalu Free Music Archive w ramach serii The Ghosts of Diskono. Zgoda została wydana, dzięki czemu możemy się teraz rozkoszować niełatwymi dźwiękami polskiego elektronicznego podziemia, tjunami istniejącego na granicy nieistnienia i utopijnej plotki, legendarnego Mołr Drammaz a co ciekawe posłuchać jedynego zachowanego nagrania efemerycznej supergrupy Laszlo Band. Przyznam szczerze, że niebywały banan pojawił się na mojej twarzy kiedy znalazłem na INQmag zajawkę o tym wydawnictwie, kiedy po raz pierwszy od dłuuuugich lat zobaczyłem nazwę Mołr Drammaz, która na przestrzeni czasu gdzieś mi umknęła pośród setek kapel, płyt, tagów i kiedy z głośników popłynęły nietuzinkowe dźwięki, oszlifowane i lśniące na tle szitu, którego niemało ostatnio w sieci. Płytka w okładce.

środa, 1 grudnia 2010

żegnaj laleczko

ninja tune








hadra

Bliskowschodni folk ze skłonnościami do transowych pętli, cały arsenał etnicznych instrumentów i całkowicie nieznane jak dla mnie terytoria dźwięku. Męski duet z San Francisco wzbogacony niesamowitym wokalem Iriny Mikhailovej zdominował moje słuchawy, przestrzeń mojego auta wpłynął na gęstość atmosfery, kiedy o 2.40 nad ranem szukałem jebanego miejsca parkingowego na swojej i przyległych ulicach....